Gapię się na niego szeroko otwartymi oczami, a kiedy przez moją głowę przelatują tysiące myśli dociera do mnie, że mam szeroko otwartą buzię. Pełna elegancja, nie ma co. Co ja mam teraz niby zrobić? Zostać? Uciekać? Udawać, że moja reakcja wiąże się tylko z tym, że właśnie spotkałam tego Eda Sheerana w zwykłym markecie koło mojego mieszkania? To byłoby chyba najmądrzejsze - gdyby nie to, że w jego oczach jasno widzę, że mnie poznał. Jak, do jasnej cholery, mógł zapamiętać tą jedną z setek podobnych dziewczyn, które spotyka? Myśl Amy, myśl!
Jak zwykle myślenie idzie mi wolno. Za wolno. Kiedy właśnie mam dokonać ostatecznego wyboru - wziąć nogi za pas albo udawać sklerotyczkę - słyszę, że rudowłosy próbuje przejąć inicjatywę. Źle, bardzo niedobrze, trzeba było uciekać, dopóki jeszcze miałam taką możliwość.
- Cześć… ja… znaczy… - plącze się. Nie odrywa wzroku od moich oczu. Nie pamiętam jak się mrugało. To cud, że jeszcze oddycham. - Amy?
Mój mózg chyba przegrzał się o pół minuty za wcześnie. Sztywno kiwam głową.
- He-hej - nie potrafię powiedzieć nic więcej.
Po prostu siedzimy na mokrych sklepowych kafelkach i patrzymy sobie w oczy. Źle. Źle, źle, źle. Alarm w mojej głowie wydaje się rozsadzać mnie od wewnątrz. Ale ja nie potrafię się ruszyć. Podświadomie czekam to, aż on coś zrobi. Ale nie zdąża, bo czuję, jak ktoś szturcha mnie wózkiem w plecy.
- Dzieci, moglibyście wstać z podłogi i zrobić przejście? - słyszę skrzekliwy głos jakiejś starszej pani z nieprzyjemnym wyrazem twarzy.
Z doświadczenia wiem, że z takimi lepiej nie zadzierać. Zmusza mnie to do przejęcia inicjatywy. Wstając z podłogi ciągnę Eda za rękaw. W mojej głowie to, że znowu go spotykam, brzmi wręcz niedorzecznie. Posyłam kobiecie zawstydzony, przepraszający uśmiech. Wcale nie musi być mi naprawdę przykro, mam cały zestaw wyćwiczonych uśmiechów. Ludzie bardziej zauważają cię, kiedy jesteś gburem. Tego miłego i wiecznie zawstydzonego nikt nigdy się nie czepia.
- Jak chcecie popatrzeć sobie w oczy, to zaproś ją na kawę, a nie na podłogę - z tonu mijającej nas babci nie umiem wywnioskować, czy była to dobra rada, czy może bardziej wyrażenie swojego zażenowana.
Staruszka odchodzi a ja zastanawiam się, czy chcę, żeby jej posłuchał. Gdybym nie poszła do tego sklepu, gdybym zdecydowała się na zamówienie pizzy do domu, życie mogłoby być o wiele prostsze. To niesamowite, jak takie banalne decyzje mogą zmienić człowieka. Chcę już zatopić się w moich filozoficznych przemyśleniach, ale przypominam sobie, kto dalej koło mnie stoi. I moja bańka bezpieczeństwa, którą przed chwilą sobie zbudowałam, pęka w mgnieniu oka. Znów się spinam i panikuję. Co jest ze mną nie w porządku?
- No to… może faktycznie lepsza byłaby kawa? Chyba, że jednak lubisz mokre podłogi? - śmieje się nerwowo.
Tak!
Moment, co? Serio? Czy ja właśnie…
Nie, to głupi pomysł.
Ale przecież nie mogę mu odmówić.
Jak to nie, mogę robić co mi się podoba. Nigdzie z nim nie pójdę.
Bez słowa skinęłam głową. W duchu gratuluję sobie asertywności. Przez jego twarz przemyka cień uśmiechu. A ja znów intensywnie myślę. Może nawet zbyt intensywnie. Co ja najlepszego zrobiłam? Przez ostatnie miesiące próbowałam wymazać go z mojej pamięci. Zapomnieć o tym, jakie wywarł na mnie wrażenie. O tym, jak błękitne są jego oczy i o tym, jak złocistorude pasma włosów opadają mu na twarz. Po prostu o tym, do czego przyznałam się sama sobie już pewien czas temu - że jego przeciętność ma w sobie coś, co mnie przyciąga. Coś, co sprawia, że chciałabym zostać przy nim. Że chciałabym napić się z nim kawy.
Część mnie skacze ze szczęścia, kiedy ramię w ramię wychodzimy z marketu. Inna część, najpewniej tą mieszkająca w okolicach żołądka, płacze, że miałam wyjść stamtąd z mrożonką, a nie największą męską gwiazdą światowej muzyki. Następny kawałek krzyczy, że przecież idę nie wiadomo gdzie z nie wiadomo kim - uciszam go myślą, że to właśnie przez niego większość życia spędzam na kanapie, a moje życie towarzyskie nie istnieje.
Zerkam co chwilę na Eda i wiem, że on też trochę się denerwuje. Może nie tak jak ja, ale jednak. To pierwszy facet którego onieśmielasz, brawo, Amy! Powód mógłby być lepszy niż sms-owa przyjaźń, jednak od czegoś muszę chyba zacząć.
Cisza pomiędzy nami gęstnieje. Staje się niezręczna, wwierca mi się w uszy. Spodziewam się, że to Sheeran ją przerwie, ale jest zbyt zajęty wędrowaniem wzrokiem od czubków swoich butów, do moich. Daję mu jeszcze czas, bo czuję, że wszystkie słowa, które chciałabym powiedzieć, ugrzęzły głęboko w moim gardle.
6 minut i 38 sekund. Stoimy przed drzwiami małej kawiarenki, w której, domyślam się, żadne z nas nigdy nie było - ja musiałabym wyjść z domu, a moja okolica nigdy nie przypominała takiej, po której przechadzają się sławni ludzie. Aż do dziś.
Ed otwiera przede mną drzwi. Rzucam mu przelotne spojrzenie, starając się ukryć targające mną emocje. Miejsce jest ładne - otacza nas ciemne drewno i ciepły blask małych lampek, które znajdują się na każdym ze stolików. Zdejmuję mokrą kurtkę i idę za nim do wybranego przez niego miejsca. Nie kwestionuję jego wyboru - mi tak naprawdę jest wszystko jedno, a dla niego zły wybór może skończyć się napadem chmary fanów. Kiedy siadam na przeciwko niego czuję, że jestem gotowa zadać mu pytania, na które po części znam odpowiedź. Nie daje mi jednak szansy na zadanie pierwszego z nich. Patrząc mi głęboko w oczy mówi coś, czego się nie spodziewam, ale chyba tego chcę. Chyba tego potrzebuję.
- Może zacznijmy od samego początku? Jestem Ed, miło mi poznać cię na żywo - uśmiecha się niepewnie i wyciąga do mnie dłoń.
Ściskam ją i wiem, że to naprawdę jest sam początek.
This is the start of something beautiful. This is the start of something new.
Uśmiecham się, przywołując uśmiech również na jego twarz. W tym momencie myślę, że chciałabym, żeby wywoływać go zawsze. Bo w moich oczach żaden uśmiech nie wyglądał jeszcze tak pięknie.
~~~
Nie dałam rady wstawić rozdziału przed świętami, więc zostaje mi tylko mieć nadzieję, że wszystkim minęły tak, jak sobie wymarzyli : ) śniegu co prawda ni widu ni słychu, ale na to nic nie poradzimy ; )
Dajcie znać, co myślicie o rozdziale - mam dużo planów ale nie wiem jak do nich dojść, więc modlę się, żeby moje starania podeszły Wam do gustu ; )
.
poniedziałek, 28 grudnia 2015
sobota, 5 grudnia 2015
Rozdział IX
Mijają dni, a one zamieniają się
w kolejne tygodnie. Żadne z nas nigdy nie spytało drugiego o to skąd jest, ile
ma lat. Mało tego, jesteśmy na tym etapie znajomości, na którym wiemy co każde
z nas je na śniadanie, ale nigdy nie odczuliśmy potrzeby zapytania się
wzajemnie o imię. Bo czyż nie ma rzeczy ważniejszych niż to, co mamy wpisane w
dokumentach? Nasza znajomość nie przeniosła się nigdzie - ani na Twittera, ani
na Facebooka. Kiedy sobie o tym uświadamiam wysyłam mu wiadomość. Czy ktoś wie
o tym, że od tygodni wymienia SMS-y z kimś, kogo nie zna nawet z imienia?
Odpowiedź przychodzi niemal natychmiast, jak zwykle. Zadziwiające jest to, że
nie ważne o której godzinie do niego piszę, odpowiedź zawsze przychodzi po paru
chwilach. Zaprzecza, nikomu nie powiedział. A ja mu wierzę. Czy to głupie, że
ufam mu na podstawie wiadomości? O, na pewno. Jeszcze głupsze jest to, że
uważam go za... przyjaciela. Czuję, że mogę powiedzieć mu wszystko. Nie
dlatego, że nawet gdyby pokazał komuś moje tajemnice, to nikt nie wiedziałby,
że to ja. Ufam mu dlatego, że czuję, że jest tego wart. Nawet jeżeli niedługo
ktoś powie mi, że mam coś z głową. I bez jego pomocy wiem, że to prawda.
Uwielbiam te dni, kiedy rano zwabiona słońcem idę do pracy na piechotę, a kiedy z niej wychodzę, spada na mnie kurtyna deszczu. Nie mam innego wyjścia, więc wzdycham i rozchlapując kałuże na chodniku wyruszam w drogę powrotną. Kiedy uświadamiam sobie, że nie mam nawet co zjeść na obiad, jestem już przemoczona do suchej nitki. Od razu po przekroczeniu progu sklepu wyciągam z kieszeni telefon. Mogę powiedzieć, że ten chłopak stał się moim uzależnieniem. Prycham śmiechem na myśl, że "normalni" ludzie uzależniają się od papierosów czy alkoholu, a moją obsesją jest zatruwanie życia Bogu ducha winnego faceta. Nie biorę koszyka bo czuję, że to jeden z tych dni, kiedy szczytem moich możliwości kulinarnych jest rozmrożenie pizzy. Znam ten sklep na pamięć, bo znajduje się pięć minut od mojego mieszkania, więc kieruję się w stronę zamrażarek wbijając twarz w ekran telefonu i próbując napisać wiadomość o tym, jak głębokim uczuciem darzę tutejszą pogodę. Nie zdążam jednak jej wysłać, bo wpadam kogoś z całym impetem. Odbijam się od mojej ofiary i słyszę dźwięk upadającego telefonu. Mój cały czas mocno trzymam w dłoni, więc musi to być urządzenie kogoś, kto na pewno ma mnie teraz za niesamowitą niezdarę. Nie patrząc mu w twarz rzucam się po jego nowiutkiego iPhone'a. Całość mojej akcji ratunkowej trwa góra półtorej sekundy, więc nie daję nieznajomymi nawet cienia szansy na uratowanie swojego cacka samodzielnie. W końcu to ja w niego weszłam, więc czuję się zobowiązana pozbierać jego rzeczy. Jego telefon upadł ekranem do góry, więc kiedy go łapię moje serce na chwilę przestaje bić. I jest to jak na razie najdłuższa chwila całego mojego życia. Jakie było prawdopodobieństwo, że w ponad ośmio-milionowym mieście, w niewielkim markecie, dziesięć kroków od mojej kochanej lodówki z pizzą, podniosłam właśnie ten telefon, który należy do mojego anonimowego rozmówcy? Jak to możliwe, że klęczę teraz na brudnych, mokrych od padającego na zewnątrz deszczu sklepowych kafelkach i z otwartą buzią czytam konwersację z samą sobą? Tkwiłam w szoku o ułamek sekundy za długo. Nie widzę tego ale wiem, że ON właśnie klęknął koło mnie.
- Przepraszam panią, zagapiłem się w telefon, wszystko okay? – dźwięk jego głosu włącza alarm w mojej głowie. Pomimo tego wciąż jestem zbyt zszokowana, żeby połączyć głos z konkretną osobą.
Podnoszę głowę w tym samym momencie, kiedy uświadamiam sobie że dalej trzymam jego telefon w dłoni, więc wyciągam ją w jego kierunku. Mój wzrok przenosi się od ekranu iPhone'a na jego twarz. A wtedy nie wiem, czy powinnam zemdleć, zwymiotować, czy po prostu uciekać zanim sytuacja się pogorszy. O ile może być gorzej. Bladą twarz zakrytą mokrym kapturem bluzy otaczają rude włosy, w których przy najmniejszym ruchu tańczą złote refleksy. Mój wzrok wędruje od parodniowego zarostu, przez usta, z których przestały płynąć przeprosiny, do błękitnych tęczówek jego oczu, skrytych za szkłami okularów, które rozszerzają się po nawiązaniu kontaktu z moimi.
Poznał mnie.
Pamięta mnie.
Cholera.
Uwielbiam te dni, kiedy rano zwabiona słońcem idę do pracy na piechotę, a kiedy z niej wychodzę, spada na mnie kurtyna deszczu. Nie mam innego wyjścia, więc wzdycham i rozchlapując kałuże na chodniku wyruszam w drogę powrotną. Kiedy uświadamiam sobie, że nie mam nawet co zjeść na obiad, jestem już przemoczona do suchej nitki. Od razu po przekroczeniu progu sklepu wyciągam z kieszeni telefon. Mogę powiedzieć, że ten chłopak stał się moim uzależnieniem. Prycham śmiechem na myśl, że "normalni" ludzie uzależniają się od papierosów czy alkoholu, a moją obsesją jest zatruwanie życia Bogu ducha winnego faceta. Nie biorę koszyka bo czuję, że to jeden z tych dni, kiedy szczytem moich możliwości kulinarnych jest rozmrożenie pizzy. Znam ten sklep na pamięć, bo znajduje się pięć minut od mojego mieszkania, więc kieruję się w stronę zamrażarek wbijając twarz w ekran telefonu i próbując napisać wiadomość o tym, jak głębokim uczuciem darzę tutejszą pogodę. Nie zdążam jednak jej wysłać, bo wpadam kogoś z całym impetem. Odbijam się od mojej ofiary i słyszę dźwięk upadającego telefonu. Mój cały czas mocno trzymam w dłoni, więc musi to być urządzenie kogoś, kto na pewno ma mnie teraz za niesamowitą niezdarę. Nie patrząc mu w twarz rzucam się po jego nowiutkiego iPhone'a. Całość mojej akcji ratunkowej trwa góra półtorej sekundy, więc nie daję nieznajomymi nawet cienia szansy na uratowanie swojego cacka samodzielnie. W końcu to ja w niego weszłam, więc czuję się zobowiązana pozbierać jego rzeczy. Jego telefon upadł ekranem do góry, więc kiedy go łapię moje serce na chwilę przestaje bić. I jest to jak na razie najdłuższa chwila całego mojego życia. Jakie było prawdopodobieństwo, że w ponad ośmio-milionowym mieście, w niewielkim markecie, dziesięć kroków od mojej kochanej lodówki z pizzą, podniosłam właśnie ten telefon, który należy do mojego anonimowego rozmówcy? Jak to możliwe, że klęczę teraz na brudnych, mokrych od padającego na zewnątrz deszczu sklepowych kafelkach i z otwartą buzią czytam konwersację z samą sobą? Tkwiłam w szoku o ułamek sekundy za długo. Nie widzę tego ale wiem, że ON właśnie klęknął koło mnie.
- Przepraszam panią, zagapiłem się w telefon, wszystko okay? – dźwięk jego głosu włącza alarm w mojej głowie. Pomimo tego wciąż jestem zbyt zszokowana, żeby połączyć głos z konkretną osobą.
Podnoszę głowę w tym samym momencie, kiedy uświadamiam sobie że dalej trzymam jego telefon w dłoni, więc wyciągam ją w jego kierunku. Mój wzrok przenosi się od ekranu iPhone'a na jego twarz. A wtedy nie wiem, czy powinnam zemdleć, zwymiotować, czy po prostu uciekać zanim sytuacja się pogorszy. O ile może być gorzej. Bladą twarz zakrytą mokrym kapturem bluzy otaczają rude włosy, w których przy najmniejszym ruchu tańczą złote refleksy. Mój wzrok wędruje od parodniowego zarostu, przez usta, z których przestały płynąć przeprosiny, do błękitnych tęczówek jego oczu, skrytych za szkłami okularów, które rozszerzają się po nawiązaniu kontaktu z moimi.
Poznał mnie.
Pamięta mnie.
Cholera.
***
Po tylu latach ciągłego bycia w
trasie, niemalże codziennego dawania koncertów, po nocach spędzonych w studiu,
przez pewien czas ciężko mi jest zacząć być po prostu normalnym człowiekiem.
Nie pomaga mi w tym to, że większość mojego czasu spędzam na odpisywaniu na
wiadomości. A tym razem nie są to maile od osób które chciałyby ze mną
współpracować, nie są to nawet SMS-y od Stu. Oczywiście dalej muszę na nie
odpowiadać, ale większą część dnia odpisuję dziewczynie, której nawet nie znam.
To by było na tyle z bycia kimś normalnym. Na początku odpisywałem, bo moja
nowa znajoma mnie zaintrygowała. Zna moje piosenki, ale najwidoczniej uważa
mnie za palanta. Może nawet ma trochę racji? Później chyba zacząłem się do niej
przywiązywać. W świecie, w którym każdy cię zna i jest gotowy wbiec pod
autobus, byle tylko dostać twój autograf na kołnierzyku powoli przestajesz
wierzyć, że możesz poznać kogoś nowego i nie być postrzeganym przez pryzmat
tego, co mówią o tobie w mediach. A jeżeli ona mnie nie zna, to czy nie mogę
porozmawiać z nią szczerze, jak równy z równym?
Nie mam na dzisiaj żadnych planów, a siedzenie w domu całymi dniami zaczyna mnie przytłaczać. Dlatego idę teraz przez zimne, zatłoczone londyńskie ulice. Idę przed siebie, bez celu. Idę martwiąc się tylko o to, czy uda mi się pozostać tylko anonimowym człowiekiem wśród tłumu. Idę chłonąc muzykę, jaką tworzy miasto. Nie zauważam, kiedy zaczyna padać deszcz. Wynurzam się z własnych myśli, kiedy czuję, że mój kaptur zrobił się ciężki od wody, a delikatna mżawka zdążyła zamienić się w ulewę. Bez namysłu wchodzę do pierwszego lepszego sklepu z nadzieją, że deszcz chociaż odrobinę zelżeje. Nie wiem nawet dokładnie w jakiej części miasta jestem, ale wydaje mi się, że zdążyłem przejść już spory kawałek. Nie przyszedłem tu na zakupy, więc snuję się po prostu pomiędzy regałami. W pewnym momencie wyciągam telefon z zamiarem ponarzekania trochę na angielską pogodę. Ledwo co otwieram okno wiadomości, czuję, jak ktoś z impetem we mnie wpada. Wszystko dzieje się w sekundę. Telefon mi wypada, dziewczyna, która we mnie wpadła, schyla się po niego, a ja zalewam ją przeprosinami. Klękam koło niej, a kiedy na mnie patrzy, wyraz jej twarzy przechodzi z szoku na przerażenie. Przez myśl przemyka mi pytanie o to, co wywołało u niej taką reakcję. Później reaguję tak samo, bo dociera do mnie, że ją znam. I chyba znam ją lepiej, niż kiedykolwiek chciałem.
Nie mam na dzisiaj żadnych planów, a siedzenie w domu całymi dniami zaczyna mnie przytłaczać. Dlatego idę teraz przez zimne, zatłoczone londyńskie ulice. Idę przed siebie, bez celu. Idę martwiąc się tylko o to, czy uda mi się pozostać tylko anonimowym człowiekiem wśród tłumu. Idę chłonąc muzykę, jaką tworzy miasto. Nie zauważam, kiedy zaczyna padać deszcz. Wynurzam się z własnych myśli, kiedy czuję, że mój kaptur zrobił się ciężki od wody, a delikatna mżawka zdążyła zamienić się w ulewę. Bez namysłu wchodzę do pierwszego lepszego sklepu z nadzieją, że deszcz chociaż odrobinę zelżeje. Nie wiem nawet dokładnie w jakiej części miasta jestem, ale wydaje mi się, że zdążyłem przejść już spory kawałek. Nie przyszedłem tu na zakupy, więc snuję się po prostu pomiędzy regałami. W pewnym momencie wyciągam telefon z zamiarem ponarzekania trochę na angielską pogodę. Ledwo co otwieram okno wiadomości, czuję, jak ktoś z impetem we mnie wpada. Wszystko dzieje się w sekundę. Telefon mi wypada, dziewczyna, która we mnie wpadła, schyla się po niego, a ja zalewam ją przeprosinami. Klękam koło niej, a kiedy na mnie patrzy, wyraz jej twarzy przechodzi z szoku na przerażenie. Przez myśl przemyka mi pytanie o to, co wywołało u niej taką reakcję. Później reaguję tak samo, bo dociera do mnie, że ją znam. I chyba znam ją lepiej, niż kiedykolwiek chciałem.
~~~~
Wielki (?) powrót! Mogę się zasłaniać tylko szkołą, liceum plastyczne nie wybacza : P przepraszam za tak długą przerwę. Wena wróciła i mam nadzieję, że szybko nie ucieknie! Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu : )
poniedziałek, 27 lipca 2015
Rozdział VIII
Wpatruję się w wiadomość z mieszanymi uczuciami, może nawet ze sporą dawką obojętności. Jednak to, co zobaczyłam po jej otworzeniu, bardzo mnie zaskoczyło. „Zakochuję się w twoich oczach, ale one jeszcze mnie nie znają”. To chyba jakieś jaja. Poza tym mam nieodparte wrażenie, że skądś kojarzę ten tekst. Chociaż, czy to ważne? Pewnie jakiś desperat zaczepił kogoś w parku i próbuje poderwać go na pierwszy lepszy tekst ze słodkiej pioseneczki. A przecież niewiele trzeba, żeby pomylić jedną cyfrę w numerze. Przez chwilę rozmyślam nad tym, czy powinnam odpisać, czy po prostu wzruszyć ramionami i dalej wypełniać papierki. Odblokowuję telefon zanim zdążę się rozmyślić i wysyłam nieznajomemu standardowe pytanie – czy my się w ogóle znamy? Po wysłaniu wiadomości wracam do dokumentów nie dopuszczając do siebie myśli, jak bardzo nie mogę doczekać się odpowiedzi.
***
- Czy ty… do kogo… - nawet nie wiem o co dokładnie chcę zapytać.
Czuję, jak krew najpierw odpływa mi z twarzy, a później wraca tam dwa razy szybciej. W mojej głowie kłębią się setki pytań i myśli. Kim może być ta biedna dziewczyna z której ten idiota robi sobie żarty? A może on po prostu robi sobie żarty ze mnie, a tajemnicza „ona” to po prostu jakaś znajoma Murray’a, która właśnie w tym momencie siedzi u siebie w mieszkaniu i wiedząc o całej akcji śmieje się do łez? Wściekle patrzę kuzynowi w oczy, a on wyciąga się na krześle z triumfalnym uśmiechem na twarzy. Wygląda na niezmiernie zadowolonego z siebie, więc opcja z zaplanowanym żartem raczej odpada, a to niespecjalnie mi się nie podoba. Chyba wolałbym, żebym to ja był ofiarą dowcipu, a nie ktoś, kogo prawdopodobnie znam co najwyżej z widzenia. Murray zabiera głos zanim ja zdążam zebrać myśli i złożyć je w przynajmniej jedno logicznie brzmiące pytanie.
- Tak, wysłałem do niej sms-a. Nie, nie powiem ci kto to, więc nawet nie proś. Tak, powiedzmy, że ją znasz. Nie, ja w gruncie rzeczy nawet nie za bardzo wiem jak wygląda, za to mogę się założyć, że gdybyś wiedział do kogo właśnie napisałeś coś, za co połowa dziewczyn na świecie dałaby się pokroić, to mógłbyś bez zająknienia dokładnie opisać jej wygląd. I znając życie, to w ciągu ostatniego miesiąca napisałeś o niej dwa albumy – przewraca oczami i parska śmiechem.
- Czyj to numer? – cedzę przez zęby.
- Przejmujesz się tym tak, jakbyś się już domyślał. Ale byłbym zawiedziony, bo wiem, że będziesz próbował dowiedzieć się kto to. To może być całkiem zabawne – mówi i lekko się śmieje. Doprowadza mnie tym do szału.
Bez słowa rzucam mu ostatnie wściekłe spojrzenie i gwałtownie wstaję ze swojego miejsca. Mijając Lucy wciskam jej banknot do ręki, całuję ją w policzek i rzucam krótkie:
- Dzięki za herbatę. Niedługo wpadnę pogadać.
Mroźne grudniowe powietrze brutalnie uderza mnie w twarz, kiedy otwieram przed sobą drzwi. Zapinam kurtkę pod szyję i naciągam kaptur na głowę. Dociera do mnie, że z zaskoczenia nawet nie zobaczyłem co Murray do „niej” napisał. „Zakochuję się w twoich oczach, ale one jeszcze mnie nie znają”? Moja własna piosenka? Kręcę głową z dezaprobatą i zdumieniem. On chyba naprawdę zdurniał. Ułamek sekundy po tym, jak blokuję telefon, przychodzi do mnie sms. Biorę głęboki oddech i odblokowuję go z powrotem. „Przepraszam, czy my się w ogóle znamy?”. No tak, jasne. I co ja mam jej odpisać? Że ktoś mi powiedział, że kiedyś się widzieliśmy i uznał to za świetny powód do zatrucia jej życia? Świetnie, naprawdę idealnie. Zmarzniętymi palcami trzy razy zmieniam treść krótkiej i, wydawałoby się, krótkiej do napisania wiadomości. W końcu wysyłam ostateczną wersję i natychmiast tego żałuję. Jestem niemal pewny, że właśnie robię z siebie idiotę. Cholera, dlaczego ja się tak tym przejmuję? Ponownie wzdycham i powoli to wszystko analizuję. Może Murray ma trochę racji? Może to faktycznie może być całkiem zabawne? W końcu jeszcze nie tak dawno temu zastanawiałem się co mam ze sobą zrobić, a taka „znajomość” może być właśnie tym, co wyrwie mnie z bezczynności. Wzruszam ramionami i zaczynam iść szybciej. Mój oddech zamienia się w białą mgiełkę, a ja wciskam ręce głębiej w kieszeni. W prawej dłoni kurczowo trzymam telefon, podświadomie czekając na odpowiedź nieznajomej. O ile w ogóle będzie chciała mi odpowiedzieć. Mam nadzieję, że będzie chciała.
***
Omal nie zrzucam wszystkich dokumentów z biurka, kiedy mój telefon dość głośno oznajmia mi nadejście nowej wiadomości. Jestem niesamowicie rozczarowana kiedy okazuje się, że to tylko operator płata mi okrutne figle. Niech was szlag, oferty specjalne! Ciekawe, czy przysługiwałoby mi odszkodowanie, gdybym kiedyś przez taką wiadomość dostała zawału. Zastanawiam się na co ja tak właściwie czekam? Jeszcze chwilę temu przekonywałam samą siebie, że to pomyłka – przekonywałam, a przecież od początku powinnam być tego pewna. Myślę z przekąsem, że to jest właśnie efekt uboczny braku jakiegokolwiek życia towarzyskiego. Dostajesz wiadomość od jakiegoś nieznajomego i bum! Zaraz jesteś w friendzone! Uśmiecham się do siebie z przekąsem. Może faktycznie należałoby zacząć wychodzić do ludzi? Może to i niezbyt atrakcyjna myśl, ale pomimo wszystko zestarzenie się samej w bujanym fotelu i papierkami po czekoladkach wepchniętymi pomiędzy poduszki wydaje się jeszcze gorsze.
Z sieci ponurych myśli o mojej przyszłości wyciąga mnie kolejny dźwięk przychodzącego sms-a. Przyznaję, że jeżeli i tym razem to jakaś nieistotna informacja, to będę zła. Naprawdę zła. Teraz jest to jednak to, czego - niech już będzie, przyznam się – oczekiwałam. To jak, wiem kim jesteś? – myślę otwierając wiadomość. Czytam ją dwukrotnie i dalej nie wiem nic o tym, co łączy mnie z moim rozmówcą. On zresztą też zdaje się tego nie wiedzieć. Nie powinno mnie to bawić i nie wiem dlaczego to robię, ale siedzę na fotelu za biurkiem zawalonym papierami i chichoczę do ekranu smartfona. „Tak właściwie, to sam nie wiem. Mój kuzyn wziął skądś Twój numer i wysłał do Ciebie wiadomość. Mówi, że się znamy. Nieważne, nie musisz odpisywać”. Marne tłumaczenie. Wybitnie marne. Skąd niby mielibyśmy się znać? I jak on może nie wiedzieć czyje numery ma w telefonie? Hm, może po prostu nie wszyscy lubią pilnować swoich rzeczy. Chociaż, przypominając sobie wieczór przed koncertem… Wybaczam ci to, nieznajomy. Zwracam honor. Pod względem trzymania telefonu przy sobie też nie jestem święta. Ale kuzyn? Serio? Kręcę głową z niedowierzaniem. Myśl o koncercie wskazała mi skąd znam tekst który zawierał pierwszy sms. No tak, po tylu latach znoszenia Claire powinnam wiedzieć to od razu. Odpisuję, na przekór jego prośbom. „Nie ma sprawy, z kuzynami już tak jest. Przekaż mu ode mnie, że nie każda dziewczyna leci na słodkie piosenki Eda Sheerana. Nie każda x”.
~~~~
Kącik dedykacji! : P dla Dominiki, bo nikt jej nie kocha i jej największym marzeniem jest dostać dedykację. Mam nadzieję, że teraz czujesz się odrobinę bardziej fajna. Nigdy Cię nie kochałam, bękarcie xx (P.S., wcale nie jesteś fajna). No i dla Martyny, za to że zawsze jesteś kiedy Cię potrzebuję, za to że zastąpiłaś mojego korektora i kocham cię najbardziej na świecie.
No to teraz już do rzeczy - znów piszę to samo: miało być więcej, a wyszło jak zawsze : P niby wakacje to odpoczynek, ale w moim przypadku to ciągłe wyjazdy moje i przyjazdy rodziny - i znajdź tu człowieku czas na pisanie! Uwierzcie, że staram się jak mogę, żeby rozdziały były jak najczęściej xx
poniedziałek, 6 lipca 2015
Rozdział VII
Minął tydzień,
drugi, trzeci. Bardzo chciałam zapomnieć, chcę nadal. Po części mi się to
udało, choć są momenty, w których wspomnienia wracają. Śmieszne jest to, że
często nie pamiętam co robiłam poprzedniego dnia, ale bez problemu mogę
przypomnieć sobie srebrne iskierki tańczące w błękitnych oczach muzyka. Nikomu
nie przyznałam się co czułam po tym spotkaniu. Nie wiem, czy ktokolwiek
chciałby tego słuchać. A ja nie chcę, żeby ktokolwiek o tym wiedział. Jedyną
osobą której mogłabym spokojnie się wygadać jest Claire, ale ona zaraz
wyskoczyła by z czymś w stylu "aaa, Amy się zakochała! Mówiła ci przez dwa
lata, że jest niesamowity, ale nie! Ma idealne usta, prawda? Obie wiemy, że to
prawda, nie wyprzesz się tego!", a ja nie mam najmniejszej ochoty wchodzić
z nią rozmowy na temat urody jakiegokolwiek faceta. Dziś mija dokładnie 26 dni.
Nie, żebym liczyła, broń Boże. Jak co dzień o 7:30 jestem w drodze do pracy.
Mama zawsze powtarzała, żebym znalazła sobie pracę w której będę czuła się
dobrze. Pewnie miała na myśli karierę naukowca, czy coś w tym stylu. A ja
wylądowałam w księgarni i czuję się z tym świetnie. Na początku miałam
wrażenie, że po części ją zawiodłam, że oczekiwała ode mnie czegoś więcej. Ale
pewnego dnia bez zapowiedzi przyszła do mojego azylu i zobaczyła, jak
ostrożnie, każdą książeczkę osobno układam na regałach. Zawsze uśmiecham
się od zapachu nowych książek. Każda z nich wydaje mi się inną osobą, każda z
nich ma duszę. Myślę, że właśnie w tym momencie mama uwierzyła, że właśnie to
chcę robić tak długo, jak tylko będę mogła.
W pewnym momencie przestałam słuchać radia. Czasami łapię się na tym, że po prostu boję się tego, co mogę w nim usłyszeć, ale nie przyznaję się do tego nawet sama sobie. Przez to wszystko siedzę teraz sama w przytulnej księgarni i, jakkolwiek by to nie zabrzmiało, otoczona ciszą wciągam w nozdrza zapach nowych książek. To mój drugi ulubiony zapach – zaraz po lawendzie. Przypominam sobie, że mam do zrobienia trochę papierkowej roboty. W momencie kiedy zaczynam przeglądać dokumenty słyszę dźwięk przychodzącego SMSa.
***
To jeden z tych dni, kiedy człowiek zupełnie nie ma co ze sobą zrobić. Przez cały poprzedni rok co dzień byłem w innym miejscu, nie miałem czasu na nudę. A teraz siedzę we własnym mieszkaniu, na własnej kanapie i bezmyślnie gapię się w ścianę. Wplatam palce we włosy i głośno wypuszczam powietrze. Niespecjalnie mam ochotę widzieć się z kimkolwiek, ale to chyba lepsze niż bezczynność. Nie przywykłem do tego. Wzdycham i leniwym ruchem wyciągam z kieszeni telefon. Przeglądając kontakty w poszukiwaniu numeru Murray’a dostrzegam numer zapisany jako „Ona”. Marszczę brwi, bo nie mam zielonego pojęcia do kogo mógłby należeć. Przecież do mojego telefonu mam dostęp tylko ja. Chyba, że… Prycham i szybko odnajduję numer kuzyna. Pierwszy sygnał… drugi… trzeci…
- Jesteś wolny? Za pół godziny, tam gdzie zawsze – nie daję mu dojść do słowa i rozłączając się wstaję z kanapy.
Nieśpiesznie spaceruję mniej uczęszczanymi ulicami stolicy. Grudniowy chłód daje o sobie znać a ja nie mam w tej chwili ochoty na bycie rozpoznanym, więc mocniej naciągam kaptur na głowę. Po następnych piętnastu minutach marszu przechodzę przez niewielki skwer i wchodzę do małej, przytulnej knajpki. Lokal jest niemalże pusty, jedynie przy paru stolikach kilku facetów leniwie zajmuje się sobą. Wita mnie uśmiechnięta twarz niewysokiej, szarookiej brunetki.
- Witam pana gwiazdora, już myślałam, że pan o mnie zapomniał – robi minę smutnego szczeniaczka.
- O tobie? Nigdy – odpowiadam szczerze i ją obejmuję. Takiej osoby jak Lucy nie da się zapomnieć.
- Z tego co wiem, to siedzisz w domu od miesiąca i nawet nie przyszedłeś się przywitać. Jesteś okrutny – udaje, że ociera łzę.
- Jakoś tak, wiesz, nie było kiedy… - zaczynam się plątać, bo wiem, że powinienem przyjść. W końcu na mnie czekała. Zawsze czeka.
- Dobra, nie miotaj się, wybaczam. Znaj moją wspaniałomyślność – trzepocze długimi rzęsami i cicho się śmieje.
- Nie wiem jak mam ci dziękować – odpowiadam wieszając kurtkę na wieszaku. – Nadużyję twojej dobroci, jeżeli poproszę o herbatę, o pani? – pytam z poważną miną.
- Herbatę? Nie jesteś przypadkiem chory? – udaje zdziwioną, ale zaczyna szykować filiżankę. W tym samym momencie drzwi się otwierają, a do lokalu wchodzi Murray. Zerkam na zegarek.
- Spóźniasz się – staram się sprawiać wrażenie niezadowolonego, ale tak naprawdę parę minut nie robi mi zbyt wielkiej różnicy.
- Wiesz, nie wszyscy mają tak jak ty – mówi z przekąsem i odwiesza kurtkę. – Ciesz się, że w ogóle się wyrwałem.
- Moja radość jest nieopisana. Chodź, musimy pogadać – odwracam się na pięcie i idę w stronę mojego ulubionego stolika, przytulnie wciśniętego w róg pomieszczenia.
- Już idę, mamo – mruczy. Kątem oka widzę, jak daje Lucy buziaka w policzek. Wymieniają parę zdań, a później Murray uśmiecha się i idzie w moją stronę. – No, to co było aż tak ważne, żeby mnie wołać?
- A co ty takiego ważnego mogłeś robić, że aż tak ci nie w smak?
- Nie twój interes – ucina. Nie brnę w temat, bo nie po to tu jestem.
- Może i nie mój – odblokowuję telefon i pokazuję mu kontakt. – Ale ten tak. Kto to, do jasnej cholery jest?
- Skąd mam niby wiedzieć? To twój telefon – mówi zdziwiony, ale błysk który pojawił się w jego oczach mówi mi, że jednak wie więcej ode mnie.
- Nie oszukasz mnie stary, wiesz o tym. Gadaj, kim „ona” jest? – nie wiem dlaczego, ale zaczęła wzbierać we mnie złość, której wcale nie chcę uwalniać. Na szczęście widzę, że Lucy ma zamiar podejść z herbatą. – Zastanów się dobrze – rzucam.
Wstaję gwałtownie i idę w jej kierunku. Bez słowa odbieram od niej filiżankę, a ona nie próbuje zaczynać rozmowy. Widzi że coś jest nie tak. Kiedy się odwracam widzę, jak Murray grzebie w moim telefonie. Nie zwróciłem uwagi na to, że nie schowałem go z powrotem do kieszeni. Wracam szybko do stolika, stawiam na nim herbatę i szybko zabieram mu komórkę.
- Coś ty właśnie… - zaczynam, ale nie kończę.
Informacja na ekranie. „Wiadomość została wysłana”.
***
Rozdział dedykowany najukochańszej Weronice - dziękuję, że za każdym razem dajesz mi kopa i każesz mi pisać, bez Ciebie i Twojej pomocy w wyłapywaniu niedoskonałości ten blog byłby porażką. Jeszcze raz przepraszam, że zapomniałam o dedykacji, kocham Cię! :' )
Witam po przerwie, po egzaminach, po zakończeniu roku, witam na wakacjach! : )
Zdecydowałam się na wprowadzenie "punktu widzenia" Eda, nie jestem do końca przekonana czy jest ok, więc bardzo proszę o opinie ♥
Nie będę się dłużej rozpisywać, po prostu mam nadzieję, że rozdział sprostał oczekiwaniom : )
P.S. bardzo dziękuję za 1000 wyświetleń, jesteście niesamowici! x
W pewnym momencie przestałam słuchać radia. Czasami łapię się na tym, że po prostu boję się tego, co mogę w nim usłyszeć, ale nie przyznaję się do tego nawet sama sobie. Przez to wszystko siedzę teraz sama w przytulnej księgarni i, jakkolwiek by to nie zabrzmiało, otoczona ciszą wciągam w nozdrza zapach nowych książek. To mój drugi ulubiony zapach – zaraz po lawendzie. Przypominam sobie, że mam do zrobienia trochę papierkowej roboty. W momencie kiedy zaczynam przeglądać dokumenty słyszę dźwięk przychodzącego SMSa.
***
To jeden z tych dni, kiedy człowiek zupełnie nie ma co ze sobą zrobić. Przez cały poprzedni rok co dzień byłem w innym miejscu, nie miałem czasu na nudę. A teraz siedzę we własnym mieszkaniu, na własnej kanapie i bezmyślnie gapię się w ścianę. Wplatam palce we włosy i głośno wypuszczam powietrze. Niespecjalnie mam ochotę widzieć się z kimkolwiek, ale to chyba lepsze niż bezczynność. Nie przywykłem do tego. Wzdycham i leniwym ruchem wyciągam z kieszeni telefon. Przeglądając kontakty w poszukiwaniu numeru Murray’a dostrzegam numer zapisany jako „Ona”. Marszczę brwi, bo nie mam zielonego pojęcia do kogo mógłby należeć. Przecież do mojego telefonu mam dostęp tylko ja. Chyba, że… Prycham i szybko odnajduję numer kuzyna. Pierwszy sygnał… drugi… trzeci…
- Jesteś wolny? Za pół godziny, tam gdzie zawsze – nie daję mu dojść do słowa i rozłączając się wstaję z kanapy.
Nieśpiesznie spaceruję mniej uczęszczanymi ulicami stolicy. Grudniowy chłód daje o sobie znać a ja nie mam w tej chwili ochoty na bycie rozpoznanym, więc mocniej naciągam kaptur na głowę. Po następnych piętnastu minutach marszu przechodzę przez niewielki skwer i wchodzę do małej, przytulnej knajpki. Lokal jest niemalże pusty, jedynie przy paru stolikach kilku facetów leniwie zajmuje się sobą. Wita mnie uśmiechnięta twarz niewysokiej, szarookiej brunetki.
- Witam pana gwiazdora, już myślałam, że pan o mnie zapomniał – robi minę smutnego szczeniaczka.
- O tobie? Nigdy – odpowiadam szczerze i ją obejmuję. Takiej osoby jak Lucy nie da się zapomnieć.
- Z tego co wiem, to siedzisz w domu od miesiąca i nawet nie przyszedłeś się przywitać. Jesteś okrutny – udaje, że ociera łzę.
- Jakoś tak, wiesz, nie było kiedy… - zaczynam się plątać, bo wiem, że powinienem przyjść. W końcu na mnie czekała. Zawsze czeka.
- Dobra, nie miotaj się, wybaczam. Znaj moją wspaniałomyślność – trzepocze długimi rzęsami i cicho się śmieje.
- Nie wiem jak mam ci dziękować – odpowiadam wieszając kurtkę na wieszaku. – Nadużyję twojej dobroci, jeżeli poproszę o herbatę, o pani? – pytam z poważną miną.
- Herbatę? Nie jesteś przypadkiem chory? – udaje zdziwioną, ale zaczyna szykować filiżankę. W tym samym momencie drzwi się otwierają, a do lokalu wchodzi Murray. Zerkam na zegarek.
- Spóźniasz się – staram się sprawiać wrażenie niezadowolonego, ale tak naprawdę parę minut nie robi mi zbyt wielkiej różnicy.
- Wiesz, nie wszyscy mają tak jak ty – mówi z przekąsem i odwiesza kurtkę. – Ciesz się, że w ogóle się wyrwałem.
- Moja radość jest nieopisana. Chodź, musimy pogadać – odwracam się na pięcie i idę w stronę mojego ulubionego stolika, przytulnie wciśniętego w róg pomieszczenia.
- Już idę, mamo – mruczy. Kątem oka widzę, jak daje Lucy buziaka w policzek. Wymieniają parę zdań, a później Murray uśmiecha się i idzie w moją stronę. – No, to co było aż tak ważne, żeby mnie wołać?
- A co ty takiego ważnego mogłeś robić, że aż tak ci nie w smak?
- Nie twój interes – ucina. Nie brnę w temat, bo nie po to tu jestem.
- Może i nie mój – odblokowuję telefon i pokazuję mu kontakt. – Ale ten tak. Kto to, do jasnej cholery jest?
- Skąd mam niby wiedzieć? To twój telefon – mówi zdziwiony, ale błysk który pojawił się w jego oczach mówi mi, że jednak wie więcej ode mnie.
- Nie oszukasz mnie stary, wiesz o tym. Gadaj, kim „ona” jest? – nie wiem dlaczego, ale zaczęła wzbierać we mnie złość, której wcale nie chcę uwalniać. Na szczęście widzę, że Lucy ma zamiar podejść z herbatą. – Zastanów się dobrze – rzucam.
Wstaję gwałtownie i idę w jej kierunku. Bez słowa odbieram od niej filiżankę, a ona nie próbuje zaczynać rozmowy. Widzi że coś jest nie tak. Kiedy się odwracam widzę, jak Murray grzebie w moim telefonie. Nie zwróciłem uwagi na to, że nie schowałem go z powrotem do kieszeni. Wracam szybko do stolika, stawiam na nim herbatę i szybko zabieram mu komórkę.
- Coś ty właśnie… - zaczynam, ale nie kończę.
Informacja na ekranie. „Wiadomość została wysłana”.
***
Rozdział dedykowany najukochańszej Weronice - dziękuję, że za każdym razem dajesz mi kopa i każesz mi pisać, bez Ciebie i Twojej pomocy w wyłapywaniu niedoskonałości ten blog byłby porażką. Jeszcze raz przepraszam, że zapomniałam o dedykacji, kocham Cię! :' )
Witam po przerwie, po egzaminach, po zakończeniu roku, witam na wakacjach! : )
Zdecydowałam się na wprowadzenie "punktu widzenia" Eda, nie jestem do końca przekonana czy jest ok, więc bardzo proszę o opinie ♥
Nie będę się dłużej rozpisywać, po prostu mam nadzieję, że rozdział sprostał oczekiwaniom : )
P.S. bardzo dziękuję za 1000 wyświetleń, jesteście niesamowici! x
Subskrybuj:
Posty (Atom)