Gapię się na niego szeroko otwartymi oczami, a kiedy przez moją głowę przelatują tysiące myśli dociera do mnie, że mam szeroko otwartą buzię. Pełna elegancja, nie ma co. Co ja mam teraz niby zrobić? Zostać? Uciekać? Udawać, że moja reakcja wiąże się tylko z tym, że właśnie spotkałam tego Eda Sheerana w zwykłym markecie koło mojego mieszkania? To byłoby chyba najmądrzejsze - gdyby nie to, że w jego oczach jasno widzę, że mnie poznał. Jak, do jasnej cholery, mógł zapamiętać tą jedną z setek podobnych dziewczyn, które spotyka? Myśl Amy, myśl!
Jak zwykle myślenie idzie mi wolno. Za wolno. Kiedy właśnie mam dokonać ostatecznego wyboru - wziąć nogi za pas albo udawać sklerotyczkę - słyszę, że rudowłosy próbuje przejąć inicjatywę. Źle, bardzo niedobrze, trzeba było uciekać, dopóki jeszcze miałam taką możliwość.
- Cześć… ja… znaczy… - plącze się. Nie odrywa wzroku od moich oczu. Nie pamiętam jak się mrugało. To cud, że jeszcze oddycham. - Amy?
Mój mózg chyba przegrzał się o pół minuty za wcześnie. Sztywno kiwam głową.
- He-hej - nie potrafię powiedzieć nic więcej.
Po prostu siedzimy na mokrych sklepowych kafelkach i patrzymy sobie w oczy. Źle. Źle, źle, źle. Alarm w mojej głowie wydaje się rozsadzać mnie od wewnątrz. Ale ja nie potrafię się ruszyć. Podświadomie czekam to, aż on coś zrobi. Ale nie zdąża, bo czuję, jak ktoś szturcha mnie wózkiem w plecy.
- Dzieci, moglibyście wstać z podłogi i zrobić przejście? - słyszę skrzekliwy głos jakiejś starszej pani z nieprzyjemnym wyrazem twarzy.
Z doświadczenia wiem, że z takimi lepiej nie zadzierać. Zmusza mnie to do przejęcia inicjatywy. Wstając z podłogi ciągnę Eda za rękaw. W mojej głowie to, że znowu go spotykam, brzmi wręcz niedorzecznie. Posyłam kobiecie zawstydzony, przepraszający uśmiech. Wcale nie musi być mi naprawdę przykro, mam cały zestaw wyćwiczonych uśmiechów. Ludzie bardziej zauważają cię, kiedy jesteś gburem. Tego miłego i wiecznie zawstydzonego nikt nigdy się nie czepia.
- Jak chcecie popatrzeć sobie w oczy, to zaproś ją na kawę, a nie na podłogę - z tonu mijającej nas babci nie umiem wywnioskować, czy była to dobra rada, czy może bardziej wyrażenie swojego zażenowana.
Staruszka odchodzi a ja zastanawiam się, czy chcę, żeby jej posłuchał. Gdybym nie poszła do tego sklepu, gdybym zdecydowała się na zamówienie pizzy do domu, życie mogłoby być o wiele prostsze. To niesamowite, jak takie banalne decyzje mogą zmienić człowieka. Chcę już zatopić się w moich filozoficznych przemyśleniach, ale przypominam sobie, kto dalej koło mnie stoi. I moja bańka bezpieczeństwa, którą przed chwilą sobie zbudowałam, pęka w mgnieniu oka. Znów się spinam i panikuję. Co jest ze mną nie w porządku?
- No to… może faktycznie lepsza byłaby kawa? Chyba, że jednak lubisz mokre podłogi? - śmieje się nerwowo.
Tak!
Moment, co? Serio? Czy ja właśnie…
Nie, to głupi pomysł.
Ale przecież nie mogę mu odmówić.
Jak to nie, mogę robić co mi się podoba. Nigdzie z nim nie pójdę.
Bez słowa skinęłam głową. W duchu gratuluję sobie asertywności. Przez jego twarz przemyka cień uśmiechu. A ja znów intensywnie myślę. Może nawet zbyt intensywnie. Co ja najlepszego zrobiłam? Przez ostatnie miesiące próbowałam wymazać go z mojej pamięci. Zapomnieć o tym, jakie wywarł na mnie wrażenie. O tym, jak błękitne są jego oczy i o tym, jak złocistorude pasma włosów opadają mu na twarz. Po prostu o tym, do czego przyznałam się sama sobie już pewien czas temu - że jego przeciętność ma w sobie coś, co mnie przyciąga. Coś, co sprawia, że chciałabym zostać przy nim. Że chciałabym napić się z nim kawy.
Część mnie skacze ze szczęścia, kiedy ramię w ramię wychodzimy z marketu. Inna część, najpewniej tą mieszkająca w okolicach żołądka, płacze, że miałam wyjść stamtąd z mrożonką, a nie największą męską gwiazdą światowej muzyki. Następny kawałek krzyczy, że przecież idę nie wiadomo gdzie z nie wiadomo kim - uciszam go myślą, że to właśnie przez niego większość życia spędzam na kanapie, a moje życie towarzyskie nie istnieje.
Zerkam co chwilę na Eda i wiem, że on też trochę się denerwuje. Może nie tak jak ja, ale jednak. To pierwszy facet którego onieśmielasz, brawo, Amy! Powód mógłby być lepszy niż sms-owa przyjaźń, jednak od czegoś muszę chyba zacząć.
Cisza pomiędzy nami gęstnieje. Staje się niezręczna, wwierca mi się w uszy. Spodziewam się, że to Sheeran ją przerwie, ale jest zbyt zajęty wędrowaniem wzrokiem od czubków swoich butów, do moich. Daję mu jeszcze czas, bo czuję, że wszystkie słowa, które chciałabym powiedzieć, ugrzęzły głęboko w moim gardle.
6 minut i 38 sekund. Stoimy przed drzwiami małej kawiarenki, w której, domyślam się, żadne z nas nigdy nie było - ja musiałabym wyjść z domu, a moja okolica nigdy nie przypominała takiej, po której przechadzają się sławni ludzie. Aż do dziś.
Ed otwiera przede mną drzwi. Rzucam mu przelotne spojrzenie, starając się ukryć targające mną emocje. Miejsce jest ładne - otacza nas ciemne drewno i ciepły blask małych lampek, które znajdują się na każdym ze stolików. Zdejmuję mokrą kurtkę i idę za nim do wybranego przez niego miejsca. Nie kwestionuję jego wyboru - mi tak naprawdę jest wszystko jedno, a dla niego zły wybór może skończyć się napadem chmary fanów. Kiedy siadam na przeciwko niego czuję, że jestem gotowa zadać mu pytania, na które po części znam odpowiedź. Nie daje mi jednak szansy na zadanie pierwszego z nich. Patrząc mi głęboko w oczy mówi coś, czego się nie spodziewam, ale chyba tego chcę. Chyba tego potrzebuję.
- Może zacznijmy od samego początku? Jestem Ed, miło mi poznać cię na żywo - uśmiecha się niepewnie i wyciąga do mnie dłoń.
Ściskam ją i wiem, że to naprawdę jest sam początek.
This is the start of something beautiful. This is the start of something new.
Uśmiecham się, przywołując uśmiech również na jego twarz. W tym momencie myślę, że chciałabym, żeby wywoływać go zawsze. Bo w moich oczach żaden uśmiech nie wyglądał jeszcze tak pięknie.
~~~
Nie dałam rady wstawić rozdziału przed świętami, więc zostaje mi tylko mieć nadzieję, że wszystkim minęły tak, jak sobie wymarzyli : ) śniegu co prawda ni widu ni słychu, ale na to nic nie poradzimy ; )
Dajcie znać, co myślicie o rozdziale - mam dużo planów ale nie wiem jak do nich dojść, więc modlę się, żeby moje starania podeszły Wam do gustu ; )
poniedziałek, 28 grudnia 2015
sobota, 5 grudnia 2015
Rozdział IX
Mijają dni, a one zamieniają się
w kolejne tygodnie. Żadne z nas nigdy nie spytało drugiego o to skąd jest, ile
ma lat. Mało tego, jesteśmy na tym etapie znajomości, na którym wiemy co każde
z nas je na śniadanie, ale nigdy nie odczuliśmy potrzeby zapytania się
wzajemnie o imię. Bo czyż nie ma rzeczy ważniejszych niż to, co mamy wpisane w
dokumentach? Nasza znajomość nie przeniosła się nigdzie - ani na Twittera, ani
na Facebooka. Kiedy sobie o tym uświadamiam wysyłam mu wiadomość. Czy ktoś wie
o tym, że od tygodni wymienia SMS-y z kimś, kogo nie zna nawet z imienia?
Odpowiedź przychodzi niemal natychmiast, jak zwykle. Zadziwiające jest to, że
nie ważne o której godzinie do niego piszę, odpowiedź zawsze przychodzi po paru
chwilach. Zaprzecza, nikomu nie powiedział. A ja mu wierzę. Czy to głupie, że
ufam mu na podstawie wiadomości? O, na pewno. Jeszcze głupsze jest to, że
uważam go za... przyjaciela. Czuję, że mogę powiedzieć mu wszystko. Nie
dlatego, że nawet gdyby pokazał komuś moje tajemnice, to nikt nie wiedziałby,
że to ja. Ufam mu dlatego, że czuję, że jest tego wart. Nawet jeżeli niedługo
ktoś powie mi, że mam coś z głową. I bez jego pomocy wiem, że to prawda.
Uwielbiam te dni, kiedy rano zwabiona słońcem idę do pracy na piechotę, a kiedy z niej wychodzę, spada na mnie kurtyna deszczu. Nie mam innego wyjścia, więc wzdycham i rozchlapując kałuże na chodniku wyruszam w drogę powrotną. Kiedy uświadamiam sobie, że nie mam nawet co zjeść na obiad, jestem już przemoczona do suchej nitki. Od razu po przekroczeniu progu sklepu wyciągam z kieszeni telefon. Mogę powiedzieć, że ten chłopak stał się moim uzależnieniem. Prycham śmiechem na myśl, że "normalni" ludzie uzależniają się od papierosów czy alkoholu, a moją obsesją jest zatruwanie życia Bogu ducha winnego faceta. Nie biorę koszyka bo czuję, że to jeden z tych dni, kiedy szczytem moich możliwości kulinarnych jest rozmrożenie pizzy. Znam ten sklep na pamięć, bo znajduje się pięć minut od mojego mieszkania, więc kieruję się w stronę zamrażarek wbijając twarz w ekran telefonu i próbując napisać wiadomość o tym, jak głębokim uczuciem darzę tutejszą pogodę. Nie zdążam jednak jej wysłać, bo wpadam kogoś z całym impetem. Odbijam się od mojej ofiary i słyszę dźwięk upadającego telefonu. Mój cały czas mocno trzymam w dłoni, więc musi to być urządzenie kogoś, kto na pewno ma mnie teraz za niesamowitą niezdarę. Nie patrząc mu w twarz rzucam się po jego nowiutkiego iPhone'a. Całość mojej akcji ratunkowej trwa góra półtorej sekundy, więc nie daję nieznajomymi nawet cienia szansy na uratowanie swojego cacka samodzielnie. W końcu to ja w niego weszłam, więc czuję się zobowiązana pozbierać jego rzeczy. Jego telefon upadł ekranem do góry, więc kiedy go łapię moje serce na chwilę przestaje bić. I jest to jak na razie najdłuższa chwila całego mojego życia. Jakie było prawdopodobieństwo, że w ponad ośmio-milionowym mieście, w niewielkim markecie, dziesięć kroków od mojej kochanej lodówki z pizzą, podniosłam właśnie ten telefon, który należy do mojego anonimowego rozmówcy? Jak to możliwe, że klęczę teraz na brudnych, mokrych od padającego na zewnątrz deszczu sklepowych kafelkach i z otwartą buzią czytam konwersację z samą sobą? Tkwiłam w szoku o ułamek sekundy za długo. Nie widzę tego ale wiem, że ON właśnie klęknął koło mnie.
- Przepraszam panią, zagapiłem się w telefon, wszystko okay? – dźwięk jego głosu włącza alarm w mojej głowie. Pomimo tego wciąż jestem zbyt zszokowana, żeby połączyć głos z konkretną osobą.
Podnoszę głowę w tym samym momencie, kiedy uświadamiam sobie że dalej trzymam jego telefon w dłoni, więc wyciągam ją w jego kierunku. Mój wzrok przenosi się od ekranu iPhone'a na jego twarz. A wtedy nie wiem, czy powinnam zemdleć, zwymiotować, czy po prostu uciekać zanim sytuacja się pogorszy. O ile może być gorzej. Bladą twarz zakrytą mokrym kapturem bluzy otaczają rude włosy, w których przy najmniejszym ruchu tańczą złote refleksy. Mój wzrok wędruje od parodniowego zarostu, przez usta, z których przestały płynąć przeprosiny, do błękitnych tęczówek jego oczu, skrytych za szkłami okularów, które rozszerzają się po nawiązaniu kontaktu z moimi.
Poznał mnie.
Pamięta mnie.
Cholera.
Uwielbiam te dni, kiedy rano zwabiona słońcem idę do pracy na piechotę, a kiedy z niej wychodzę, spada na mnie kurtyna deszczu. Nie mam innego wyjścia, więc wzdycham i rozchlapując kałuże na chodniku wyruszam w drogę powrotną. Kiedy uświadamiam sobie, że nie mam nawet co zjeść na obiad, jestem już przemoczona do suchej nitki. Od razu po przekroczeniu progu sklepu wyciągam z kieszeni telefon. Mogę powiedzieć, że ten chłopak stał się moim uzależnieniem. Prycham śmiechem na myśl, że "normalni" ludzie uzależniają się od papierosów czy alkoholu, a moją obsesją jest zatruwanie życia Bogu ducha winnego faceta. Nie biorę koszyka bo czuję, że to jeden z tych dni, kiedy szczytem moich możliwości kulinarnych jest rozmrożenie pizzy. Znam ten sklep na pamięć, bo znajduje się pięć minut od mojego mieszkania, więc kieruję się w stronę zamrażarek wbijając twarz w ekran telefonu i próbując napisać wiadomość o tym, jak głębokim uczuciem darzę tutejszą pogodę. Nie zdążam jednak jej wysłać, bo wpadam kogoś z całym impetem. Odbijam się od mojej ofiary i słyszę dźwięk upadającego telefonu. Mój cały czas mocno trzymam w dłoni, więc musi to być urządzenie kogoś, kto na pewno ma mnie teraz za niesamowitą niezdarę. Nie patrząc mu w twarz rzucam się po jego nowiutkiego iPhone'a. Całość mojej akcji ratunkowej trwa góra półtorej sekundy, więc nie daję nieznajomymi nawet cienia szansy na uratowanie swojego cacka samodzielnie. W końcu to ja w niego weszłam, więc czuję się zobowiązana pozbierać jego rzeczy. Jego telefon upadł ekranem do góry, więc kiedy go łapię moje serce na chwilę przestaje bić. I jest to jak na razie najdłuższa chwila całego mojego życia. Jakie było prawdopodobieństwo, że w ponad ośmio-milionowym mieście, w niewielkim markecie, dziesięć kroków od mojej kochanej lodówki z pizzą, podniosłam właśnie ten telefon, który należy do mojego anonimowego rozmówcy? Jak to możliwe, że klęczę teraz na brudnych, mokrych od padającego na zewnątrz deszczu sklepowych kafelkach i z otwartą buzią czytam konwersację z samą sobą? Tkwiłam w szoku o ułamek sekundy za długo. Nie widzę tego ale wiem, że ON właśnie klęknął koło mnie.
- Przepraszam panią, zagapiłem się w telefon, wszystko okay? – dźwięk jego głosu włącza alarm w mojej głowie. Pomimo tego wciąż jestem zbyt zszokowana, żeby połączyć głos z konkretną osobą.
Podnoszę głowę w tym samym momencie, kiedy uświadamiam sobie że dalej trzymam jego telefon w dłoni, więc wyciągam ją w jego kierunku. Mój wzrok przenosi się od ekranu iPhone'a na jego twarz. A wtedy nie wiem, czy powinnam zemdleć, zwymiotować, czy po prostu uciekać zanim sytuacja się pogorszy. O ile może być gorzej. Bladą twarz zakrytą mokrym kapturem bluzy otaczają rude włosy, w których przy najmniejszym ruchu tańczą złote refleksy. Mój wzrok wędruje od parodniowego zarostu, przez usta, z których przestały płynąć przeprosiny, do błękitnych tęczówek jego oczu, skrytych za szkłami okularów, które rozszerzają się po nawiązaniu kontaktu z moimi.
Poznał mnie.
Pamięta mnie.
Cholera.
***
Po tylu latach ciągłego bycia w
trasie, niemalże codziennego dawania koncertów, po nocach spędzonych w studiu,
przez pewien czas ciężko mi jest zacząć być po prostu normalnym człowiekiem.
Nie pomaga mi w tym to, że większość mojego czasu spędzam na odpisywaniu na
wiadomości. A tym razem nie są to maile od osób które chciałyby ze mną
współpracować, nie są to nawet SMS-y od Stu. Oczywiście dalej muszę na nie
odpowiadać, ale większą część dnia odpisuję dziewczynie, której nawet nie znam.
To by było na tyle z bycia kimś normalnym. Na początku odpisywałem, bo moja
nowa znajoma mnie zaintrygowała. Zna moje piosenki, ale najwidoczniej uważa
mnie za palanta. Może nawet ma trochę racji? Później chyba zacząłem się do niej
przywiązywać. W świecie, w którym każdy cię zna i jest gotowy wbiec pod
autobus, byle tylko dostać twój autograf na kołnierzyku powoli przestajesz
wierzyć, że możesz poznać kogoś nowego i nie być postrzeganym przez pryzmat
tego, co mówią o tobie w mediach. A jeżeli ona mnie nie zna, to czy nie mogę
porozmawiać z nią szczerze, jak równy z równym?
Nie mam na dzisiaj żadnych planów, a siedzenie w domu całymi dniami zaczyna mnie przytłaczać. Dlatego idę teraz przez zimne, zatłoczone londyńskie ulice. Idę przed siebie, bez celu. Idę martwiąc się tylko o to, czy uda mi się pozostać tylko anonimowym człowiekiem wśród tłumu. Idę chłonąc muzykę, jaką tworzy miasto. Nie zauważam, kiedy zaczyna padać deszcz. Wynurzam się z własnych myśli, kiedy czuję, że mój kaptur zrobił się ciężki od wody, a delikatna mżawka zdążyła zamienić się w ulewę. Bez namysłu wchodzę do pierwszego lepszego sklepu z nadzieją, że deszcz chociaż odrobinę zelżeje. Nie wiem nawet dokładnie w jakiej części miasta jestem, ale wydaje mi się, że zdążyłem przejść już spory kawałek. Nie przyszedłem tu na zakupy, więc snuję się po prostu pomiędzy regałami. W pewnym momencie wyciągam telefon z zamiarem ponarzekania trochę na angielską pogodę. Ledwo co otwieram okno wiadomości, czuję, jak ktoś z impetem we mnie wpada. Wszystko dzieje się w sekundę. Telefon mi wypada, dziewczyna, która we mnie wpadła, schyla się po niego, a ja zalewam ją przeprosinami. Klękam koło niej, a kiedy na mnie patrzy, wyraz jej twarzy przechodzi z szoku na przerażenie. Przez myśl przemyka mi pytanie o to, co wywołało u niej taką reakcję. Później reaguję tak samo, bo dociera do mnie, że ją znam. I chyba znam ją lepiej, niż kiedykolwiek chciałem.
Nie mam na dzisiaj żadnych planów, a siedzenie w domu całymi dniami zaczyna mnie przytłaczać. Dlatego idę teraz przez zimne, zatłoczone londyńskie ulice. Idę przed siebie, bez celu. Idę martwiąc się tylko o to, czy uda mi się pozostać tylko anonimowym człowiekiem wśród tłumu. Idę chłonąc muzykę, jaką tworzy miasto. Nie zauważam, kiedy zaczyna padać deszcz. Wynurzam się z własnych myśli, kiedy czuję, że mój kaptur zrobił się ciężki od wody, a delikatna mżawka zdążyła zamienić się w ulewę. Bez namysłu wchodzę do pierwszego lepszego sklepu z nadzieją, że deszcz chociaż odrobinę zelżeje. Nie wiem nawet dokładnie w jakiej części miasta jestem, ale wydaje mi się, że zdążyłem przejść już spory kawałek. Nie przyszedłem tu na zakupy, więc snuję się po prostu pomiędzy regałami. W pewnym momencie wyciągam telefon z zamiarem ponarzekania trochę na angielską pogodę. Ledwo co otwieram okno wiadomości, czuję, jak ktoś z impetem we mnie wpada. Wszystko dzieje się w sekundę. Telefon mi wypada, dziewczyna, która we mnie wpadła, schyla się po niego, a ja zalewam ją przeprosinami. Klękam koło niej, a kiedy na mnie patrzy, wyraz jej twarzy przechodzi z szoku na przerażenie. Przez myśl przemyka mi pytanie o to, co wywołało u niej taką reakcję. Później reaguję tak samo, bo dociera do mnie, że ją znam. I chyba znam ją lepiej, niż kiedykolwiek chciałem.
~~~~
Wielki (?) powrót! Mogę się zasłaniać tylko szkołą, liceum plastyczne nie wybacza : P przepraszam za tak długą przerwę. Wena wróciła i mam nadzieję, że szybko nie ucieknie! Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu : )
Subskrybuj:
Posty (Atom)