poniedziałek, 2 marca 2015

Rozdział I


        Poniedziałek, wtorek, środa. Nic nowego. Czwartek, piątek, sobota. Tygodnie mijają tak samo  – praca, znajomi, rodzina. Dla mnie nie dzieje się nic szczególnego. Mam na imię Amy, mam 22 lata, mieszkam na obrzeżach Londynu a w moim życiu nie dzieje się nic, co warte by było najmniejszej uwagi. Co weekend przyjeżdża do mnie moja piętnastoletnia siostra, Claire, i jest to chyba najciekawszy szczegół mojej egzystencji. Jest środa, godzina 11:18, a ja wciąż leżę w łóżku z rozczochranymi włosami bezmyślnie gapiąc się w ekran iPhone’a. Czas leci, sekunda po sekundzie, minuta po minucie. 11:36. Dalej leżę w tej samej pozycji. Zbieram się w sobie i z niechęcią unoszę głowę. Z mojego gardła wydobywa się jęknięcie, a twarz znów opada na poduszkę. Wiem, że nie mogę leżeć tu w nieskończoność pomimo tego, że mam wolne do poniedziałku. Claire przyjeżdża o 14, więc muszę wyleźć spod kołdry. Jak mówiłam, przyjeżdża w weekendy, ale tym razem rodzice odpuścili jej szkołę i pozwolili przyjechać wcześniej, z powodu… jak ona to nazywa? Ach tak – jej najlepszego dnia. Dziewczyna od dwóch lat słucha „mężczyzny jej życia”, mieszkającego zresztą, o ironio, w tym samym mieście. Jedyne co o nim pamiętam to to, że jest rudy, śpiewa denne piosenki o miłości i zdobył serca milionów dziewczyn swoją gitarą akustyczną. Pomimo tego, że od roku w każdą sobotę i niedzielę budzi mnie jego głos, nie zdołałam się do niego przekonać. W ten czwartek Claire po raz pierwszy wybiera się na koncert, ciekawe czyj? Do tej pory rodzice nie chcieli jej wypuścić na żadną tego typu imprezę, chociaż jak na swój wiek jest bardzo dojrzała i odpowiedzialna. W końcu ulegli, ale pod jednym warunkiem – „pójdziesz, ale tylko z Amy”. Jak można się domyślić, skakałam z radości. Nie ma nic lepszego niż siedzenie na zimnie i czekanie na otwarcie bramek. Listopad to idealny czas na takie przyjemności. Siostra ma szczęście, że dwa tygodnie temu były jej urodziny, bo inaczej w życiu nie zgodziłabym się na takie rzeczy.
      Dalej rozmyślając nad moim marnym losem i dobrym sercem wygrzebuję się z kołdry i powłócząc nogami idę w stronę kuchni, żeby wstawić sobie wodę na herbatę. Robię to odruchowo, picie porannej herbaty to moja mała tradycja. Codziennie wybieram inny smak – dziś trafiło na brzoskwinię z mango. Wrzucam torebkę do mojego ulubionego, dużego kubka, obracam się na pięcie i wlokę się w stronę łazienki. Po drodze rzucam przelotne spojrzenie zegarowi – 12:03. Jeszcze nie jest tak źle. Wchodzę pod prysznic, odkręcam wodę i odskakuję, bo jak zwykle zapomniałam, że na jej temperatura pozostawia wiele do życzenia. Po piętnastu sekundach dalej jest dość zimna, ale nie aż tak lodowata jak przed chwilą. Decyduję, że odpuszczę sobie gorący prysznic i chwilę obserwuję jak chłodne, przeźroczyste kropelki spadają na moją skórę. Spadają, drżą, świecą w blasku wpadającego przez małe okienko słońca, po czym powoli spływają łącząc się z innymi wodnymi perełkami. Jeszcze chwilę podziwiam krople wody po czym przypominam sobie, że przecież czas leci dalej, a woda w czajniku pewnie zaraz się zagotuje. Po dwudziestu minutach wychodzę z łazienki owinięta ręcznikiem. Zaraz będę miała mokre plecy, bo oczywiście zapomniałam wziąć ze sobą ręcznika do włosów. Wracam do kuchni, wlewam wrzątek do kubka i w pomieszczeniu rozchodzi się zapach brzoskwini. Uśmiecham się pod nosem i drepczę w stronę sypialni. Na krześle leżą jeszcze rzeczy z poprzedniego dnia – luźne czarne jeansy i zwykła, szara koszulka. Wzruszam ramionami, bo nie potrzebuję dzisiaj niczego bardziej szykownego. Ubieram się leniwie i przed włożeniem telefonu do kieszeni spodni sprawdzam godzinę. 12:37. Nie wierzę, że siedziałam tyle czasu pod zimną wodą. Nie wierzę, że ja, ciepłolubna Amy Clive wzięłam zimny prysznic. No nic, ludzie się zmieniają. Owijam włosy suchym ręcznikiem, żeby nie pomoczyć ubrania i idę przygotować sobie śniadanie.

        Opadłam na sofę, położyłam talerz z kanapkami i kubek z herbatą na stolik kawowy i włączyłam telewizor. Od niechcenia przeglądam kanały pogryzając kanapkę. Mogłam jeszcze chwilkę poleżeć, bo zegarek w telewizorze wskazuje godzinę 13:02. Mieszkanie posprzątałam wczoraj, więc nie mam do roboty nic ciekawszego niż znęcanie się nad pilotem od telewizora. Z tego co wiem, to rudy „przyjaciel” mojej siostrzyczki wydał ostatnio singiel który cieszy się całkiem sporą popularnością, ale słyszałam go tylko parę razy w drodze do pracy. I oto jest, na pierwszej lepszej stacji muzycznej, płomiennowłosy facet tańczący z całkiem fajną dziewczyną. Zatrzymuję się na tym nie wsłuchując się w tekst. Obserwuję ich taniec. Widać, że to kobieta prowadzi. Prycham na ten widok, bo według mnie prowadzić powinien nie kto inny, tylko właśnie mężczyzna. Mrugam parę razy i zaczynam dalej skakać po kanałach, ponieważ nie mam zamiaru słuchać smętów Sheerana. Nasłucham się ich jutro i znając życie, to będę miała ich dosyć do końca swoich dni. Telefon w mojej kieszeni wibruje krótko więc wyciągam go, żeby odczytać wiadomość. Claire napisała, że są w drodze. Śmieję się cicho na myśl, że pewnie siedzi z tyłu auta podskakując i ściskając plecak, w którym zapewne schowana jest neonowozielona książka. Podziwiam ją za to, że czytała ją tyle razy, że pewnie zna każde słowo w niej zapisane na pamięć, ale wciąż nie może się z nią rozstać i codziennie czyta ją do snu. Rano też. Właściwie, to czyta ją w każdym wolnym momencie. Streszczała mi ją jakieś 52 razy, więc mam ogólną wiedzę na temat wokalisty i jak na tak interesującą przeszłość, to te piosenki miłosne są naprawdę nudne. Chociaż, nie powiem, na miejscu jego dziewczyny raczej byłabym zadowolona słysząc takie bzdury. Dopijam herbatę i zostawiam pilot w spokoju – kanał informacyjny częściowo zaspokaja moje oczekiwania. Dopijam resztkę chłodnej już herbaty i opieram się łokciem o brzeg sofy. Pomimo tego, że wcale nie spałam krótko, to pod wpływem monotonnego głosu prezentera powieki zaczynają mi ciążyć. Zamykam oczy z zamiarem mrugnięcia, ale nie daję rady otworzyć ich z powrotem.

***

Dobry wieczór, witam na blogu! Jak zapewne można się domyślić, blogu o Edzie Sheeranie. Pierwszy raz w życiu wzięło mnie na pisanie czegoś podobnego, więc proszę o opinie, rady, skargi prośby i zażalenia. Enjoy! xx

4 komentarze: