poniedziałek, 6 lipca 2015

Rozdział VII


        Minął tydzień, drugi, trzeci. Bardzo chciałam zapomnieć, chcę nadal. Po części mi się to udało, choć są momenty, w których wspomnienia wracają. Śmieszne jest to, że często nie pamiętam co robiłam poprzedniego dnia, ale bez problemu mogę przypomnieć sobie srebrne iskierki tańczące w błękitnych oczach muzyka. Nikomu nie przyznałam się co czułam po tym spotkaniu. Nie wiem, czy ktokolwiek chciałby tego słuchać. A ja nie chcę, żeby ktokolwiek o tym wiedział. Jedyną osobą której mogłabym spokojnie się wygadać jest Claire, ale ona zaraz wyskoczyła by z czymś w stylu "aaa, Amy się zakochała! Mówiła ci przez dwa lata, że jest niesamowity, ale nie! Ma idealne usta, prawda? Obie wiemy, że to prawda, nie wyprzesz się tego!", a ja nie mam najmniejszej ochoty wchodzić z nią rozmowy na temat urody jakiegokolwiek faceta. Dziś mija dokładnie 26 dni. Nie, żebym liczyła, broń Boże. Jak co dzień o 7:30 jestem w drodze do pracy. Mama zawsze powtarzała, żebym znalazła sobie pracę w której będę czuła się dobrze. Pewnie miała na myśli karierę naukowca, czy coś w tym stylu. A ja wylądowałam w księgarni i czuję się z tym świetnie. Na początku miałam wrażenie, że po części ją zawiodłam, że oczekiwała ode mnie czegoś więcej. Ale pewnego dnia bez zapowiedzi przyszła do mojego azylu i zobaczyła, jak ostrożnie, każdą książeczkę osobno układam na  regałach. Zawsze uśmiecham się od zapachu nowych książek. Każda z nich wydaje mi się inną osobą, każda z nich ma duszę. Myślę, że właśnie w tym momencie mama uwierzyła, że właśnie to chcę robić tak długo, jak tylko będę mogła.
        W pewnym momencie przestałam słuchać radia. Czasami łapię się na tym, że po prostu boję się tego, co mogę w nim usłyszeć, ale nie przyznaję się do tego nawet sama sobie. Przez to wszystko siedzę teraz sama w przytulnej księgarni i, jakkolwiek by to nie zabrzmiało, otoczona ciszą wciągam w nozdrza zapach nowych książek. To mój drugi ulubiony zapach – zaraz po lawendzie. Przypominam sobie, że mam do zrobienia trochę papierkowej roboty. W momencie kiedy zaczynam przeglądać dokumenty słyszę dźwięk przychodzącego SMSa.

***

        To jeden z tych dni, kiedy człowiek zupełnie nie ma co ze sobą zrobić. Przez cały poprzedni rok co dzień byłem w innym miejscu, nie miałem czasu na nudę. A teraz siedzę we własnym mieszkaniu, na własnej kanapie i bezmyślnie gapię się w ścianę. Wplatam palce we włosy i głośno wypuszczam powietrze. Niespecjalnie mam ochotę widzieć się z kimkolwiek, ale to chyba lepsze niż bezczynność. Nie przywykłem do tego. Wzdycham i leniwym ruchem wyciągam z kieszeni telefon. Przeglądając kontakty w poszukiwaniu numeru Murray’a dostrzegam numer zapisany jako „Ona”. Marszczę brwi, bo nie mam zielonego pojęcia do kogo mógłby należeć. Przecież do mojego telefonu mam dostęp tylko ja. Chyba, że… Prycham i szybko odnajduję numer kuzyna. Pierwszy sygnał… drugi… trzeci…
- Jesteś wolny? Za pół godziny, tam gdzie zawsze – nie daję mu dojść do słowa i rozłączając się wstaję z kanapy.
        Nieśpiesznie spaceruję mniej uczęszczanymi ulicami stolicy. Grudniowy chłód daje o sobie znać a ja nie mam w tej chwili ochoty na bycie rozpoznanym, więc mocniej naciągam kaptur na głowę. Po następnych piętnastu minutach marszu przechodzę przez niewielki skwer i wchodzę do małej, przytulnej knajpki. Lokal jest niemalże pusty, jedynie przy paru stolikach kilku facetów leniwie zajmuje się sobą. Wita mnie uśmiechnięta twarz niewysokiej, szarookiej brunetki.
- Witam pana gwiazdora, już myślałam, że pan o mnie zapomniał – robi minę smutnego szczeniaczka.
- O tobie? Nigdy – odpowiadam szczerze i ją obejmuję. Takiej osoby jak Lucy nie da się zapomnieć.
- Z tego co wiem, to siedzisz w domu od miesiąca i nawet nie przyszedłeś się przywitać. Jesteś okrutny – udaje, że ociera łzę.
- Jakoś tak, wiesz, nie było kiedy…  - zaczynam się plątać, bo wiem, że powinienem przyjść. W końcu na mnie czekała. Zawsze czeka.
- Dobra, nie miotaj się, wybaczam. Znaj moją wspaniałomyślność – trzepocze długimi rzęsami i cicho się śmieje.
- Nie wiem jak mam ci dziękować – odpowiadam wieszając kurtkę na wieszaku. – Nadużyję twojej dobroci, jeżeli poproszę o herbatę, o pani? – pytam z poważną miną.
- Herbatę? Nie jesteś przypadkiem chory? – udaje zdziwioną, ale zaczyna szykować filiżankę. W tym samym momencie drzwi się otwierają, a do lokalu wchodzi Murray. Zerkam na zegarek.
- Spóźniasz się – staram się sprawiać wrażenie niezadowolonego, ale tak naprawdę parę minut nie robi mi zbyt wielkiej różnicy.
- Wiesz, nie wszyscy mają tak jak ty – mówi z przekąsem i odwiesza kurtkę. – Ciesz się, że w ogóle się wyrwałem.
- Moja radość jest nieopisana. Chodź, musimy pogadać – odwracam się na pięcie i idę w stronę mojego ulubionego stolika, przytulnie wciśniętego w róg pomieszczenia.
- Już idę, mamo – mruczy. Kątem oka widzę, jak daje Lucy buziaka w policzek. Wymieniają parę zdań, a później Murray uśmiecha się i idzie w moją stronę. – No, to co było aż tak ważne, żeby mnie wołać?
- A co ty takiego ważnego mogłeś robić, że aż tak ci nie w smak?
- Nie twój interes – ucina. Nie brnę w temat, bo nie po to tu jestem.
- Może i nie mój – odblokowuję telefon i pokazuję mu kontakt. – Ale ten tak. Kto to, do jasnej cholery jest?
- Skąd mam niby wiedzieć? To twój telefon – mówi zdziwiony, ale błysk który pojawił się w jego oczach mówi mi, że jednak wie więcej ode mnie.
- Nie oszukasz mnie stary, wiesz o tym. Gadaj, kim „ona” jest? – nie wiem dlaczego, ale zaczęła wzbierać we mnie złość, której wcale nie chcę uwalniać. Na szczęście widzę, że Lucy ma zamiar podejść z herbatą. – Zastanów się dobrze – rzucam.
        Wstaję gwałtownie i idę w jej kierunku. Bez słowa odbieram od niej filiżankę, a ona nie próbuje zaczynać rozmowy. Widzi że coś jest nie tak. Kiedy się odwracam widzę, jak Murray grzebie w moim telefonie. Nie zwróciłem uwagi na to, że nie schowałem go z powrotem do kieszeni. Wracam szybko do stolika, stawiam na nim herbatę i szybko zabieram mu komórkę.
- Coś ty właśnie… - zaczynam, ale nie kończę.
       Informacja na ekranie. „Wiadomość została wysłana”.

***


Rozdział dedykowany najukochańszej Weronice - dziękuję, że za każdym razem dajesz mi kopa i każesz mi pisać, bez Ciebie i Twojej pomocy w wyłapywaniu niedoskonałości ten blog byłby porażką. Jeszcze raz przepraszam, że zapomniałam o dedykacji, kocham Cię! :' )

Witam po przerwie, po egzaminach, po zakończeniu roku, witam na wakacjach! : )
Zdecydowałam się na wprowadzenie "punktu widzenia" Eda, nie jestem do końca przekonana czy jest ok, więc bardzo proszę o opinie ♥
Nie będę się dłużej rozpisywać, po prostu mam nadzieję, że rozdział sprostał oczekiwaniom : )
P.S. bardzo dziękuję za 1000 wyświetleń, jesteście niesamowici! x

2 komentarze:

  1. Świetny rozdział, jak zawsze. Bardzo fajnie, że wprowadziłaś- jak to określiłaś- "punkt widzenia" Eda. A w związku z tym, że są wakacje, to liczę, że rozdziały będą pojawiać się częściej ;) Sprawdzam to 5 razy dziennie :D Pozdrawiam i życzę weny :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, niesamowicie mi miło! ♥ postaram się pisać więcej, ale mam ten problem, że po napisaniu każdego rozdziału wena odwraca się i mówi "no, to masz tysiąc słów, teraz spadaj", staram się z tym walczyć : P

      Usuń